Czwartek, 26 października 2006, 13:20

Poczet skoczków polskich: Wojciech Fortuna - Szczęście na Okurayamie

[strona=1]
Skocznia "Okurayama" w Japonii to kolejne z wielu miejsc, rozrzuconych Gest zwycięstwapo całyfm świecie, związanych z historią polskiego sportu. W dodatku okazało się jednym z najszczęśliwszych. Zwłaszcza dla 19-letniego zakopiańczyka - Wojciecha Fortuny. Jego 111 metrowy skok na Okurayamie stał się symbolem oszałamiającego sukcesu, który do dzisiaj rozpala emocje wśród kibiców sportowych w kraju i za granicą. Do dzisiaj pokutuje też pogląd iż Fortuna był skoczkiem jednego tylko skoku. Mam w tej kwestii nieco inne zdanie i spróbuję wyjaśnić, że tak nie było.

W roku 1972 Okurayama była skocznią olimpijską, gdyż Japonia - Kraj Kwitnącej Wiśni, gościł sportowców kolejnych Zimowych Igrzysk olimpijskich. Na tejże skoczni zakopiańczyk Wojciech Fortuna zdobył to, o czym marzyli jego wielcy poprzednicy: Czech, Marusarz, Hryniewiecki i Przybyła - olimpijskie złoto. Skoczył 111 m i, tak jak dzisiaj Małysz, po prostu zdeklasował rywali. Miałem pewnie sto metrów za sobą, kiedy poczułem opór pod nogami. Instynkt kazał mi się jeszcze wychylić. Lecimy! Na spotkanie z grubą czerwoną krechą. Nie słyszałem uderzenia nart o śnieg. Tylko ciałem wstrząsnął dreszcz. Wtedy ręce same wyskoczyły nad głowę. Biłem brawo. Nie sobie. Tym siłom, które mnie nie zawiodły. Gąsiorowskiemu, który mnie nauczył skakania, Forteckiemu, który mi zawierzył, Marusarzowi i Groniowi, którzy byli dla mnie wzorem. Tym wszystkim, którzy sprawili, że mogłem skakać tu, na Okurayamie1.


Długą drogę przeszedł Wojciech Fortuna do złotego medalu olimpijskiego na ZIO w Sapporo (1972). Urodził się 6 sierpnia 1952 r. w Zakopanem. Zaczął skakać jako kilkuletni chłopiec na Antałówce, gdzie z kolegami usypywał sobie skocznię ze śniegu. Był na kolejnych zawodach "Łaciakiem", "Walą", ale najczęściej marzył o tym, by być "Marusarzem". Na ich karierach i wynikach sportowych budował marzenia o skokach i startach w reprezentacji Polski. Te marzenia w jego przypadku się spełniły. Został zawodnikiem "Wisły-Gwardii Zakopane". Tak wspomina początki swojej kariery:

Moja kariera zaczęła się zaraz po zakopiańskim "fisie" (Narciarskich Na MŚ w lotach Planica 1972Mistrzostwach Świata w konkurencjach klasycznych FIS) w 1962 roku. Przyszedłem na skocznię wraz z ojcem. Bardzo spodobały mi się skoki. Po mistrzostwach świata zapisałem się do klubu "Wisła - Gwardia" w Zakopanem. Jako młody chłopak dostałem narty, buty i zacząłem trenować na Maleńkiej Krokwi. Było wtedy w klubie ponad 100 skoczków, między nimi mój wzór - Stanisław Gąsienica - Daniel, brązowy medalista ze Szczyrbskiego Jeziora, który miał wiele tytułów mistrza Polski w kategorii juniorów i seniorów. Potem skakałem na małej i średniej Krokwi, a następnie na Wielkiej. Po raz pierwszy w wieku 13 lat. Byłem jak na skoczka mały i słaby, ale trener widział, że się nie boję. Startowałem razem z juniorami i nie miałem wielkich wyników, ale zawsze w piątce się mieściłem. Gdy miałem 14 - 15 lat pojechałem do Gosau w Austrii, na mistrzostwa Europy juniorów. Startowało tam około setki zawodników. Ja byłem 16, z tym, że skoki mi wtedy nie wyszły. Ale od tej pory zaczęły się poważniejsze starty w kadrze wyjeżdżającej za granicę: do Czechosłowacji, NRD i innych krajów.

Cały czas trenowałem, jak to się mówi, "przy kadrze". Jej trenerem był w tym czasie był Janusz Fortecki. To był przyjaciel mojego trenera Jana Gąsiorowskiego. Gąsiorowski widział, że mam efekty i dołączył mnie do kadry. Wtedy skakali w niej: Józef Przybyła, Józef Kocyan, Staszek Daniel, Adam Krzysztofiak, Tadeusz Pawlusiak. Do nich dołączyłem i ja2.

 


 

1Wojciech Fortuna, Szczęście w powietrzu, Chicago 2000.
2Wszystkie wypowiedzi Wojciecha Fortuny pochodzą z wywiadu z 27.11. 1996 r. Wywiad nagrał i opracował Wojciech Szatkowski. W zbiorach Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem
[strona=2]

W drodze po olimpijski medal na w Sapporo...


Fortuna był zawsze skoczkiem odważnym i przebojowym, dlatego przeważnie skakał dalej niż jego rywale. Posiadał jednak jedną wadę, jeśli chodzi o technikę skoku - zawsze lądował na dwie nogi, zamiast Plakat Sapporo 1972klasycznym "telemarkiem", i dlatego jego skoki były przeważnie niżej oceniane przez sędziów. Nadszedł pamiętny rok 1972. Problemem był wyjazd do Sapporo, gdyż Fortuna skakał w konkursie Czterech Skoczni słabo i jego wyjazd olimpijski stał pod dużych znakiem zapytania. W eliminacjach krajowych Fortuna też nie wypadł najlepiej, ale trenerzy Gąsiorowski i Fortecki wiedzieli, że jego forma rośnie. Dlatego tuż przed wyjazdem do Japonii zorganizowali w Zakopanem, na Krokwi, kolejne, ostatnie już eliminacje, zadanie postawione przed Fortuną było proste: Wojtek, musisz wygrać!... i Fortuna te skoki wygrał. Tak opisuje gorącą atmosferę tamtych dni:

Był taki człowiek w Zakopanem, który powiedział, że ja nie mam rutyny i nie ma sensu, żebym jechał na olimpiadę, bo się spalę. Ale po zwycięskich eliminacjach w Zakopanem, ówczesny minister sportu Włodzimierz Reczek powiedział: - Co wy robicie? Ten chłopak wygrał konkurs, on musi jechać! Także trenerzy Fortecki oraz Gąsiorowski walczyli o mój wyjazd. I udało się3.

Gąsiorowski wspomina, że miał w klubie w 1972 r. dwóch dobrych skoczków: Stanisława Gąsienicę-Daniela i Wojtka Fortunę. Ale w Warszawie zadecydowano, że ma jechać jeden z nich, a ponieważ Gąsienica-Daniel miał większe doświadczenie i za sobą udany start w "fisie" w Szczyrbskim Jeziorze (brązowy medal), to wybrano jego. Ale Fortuna swoją szansę wykorzystał i pojechał do Sapporo. Bardzo pomogli, oprócz trenerów, dziennikarze sportowi: jak red. Marian Matzenauer czy red. Krzysztof Blauth, którzy pisali wprost: Fortuna powinien skakać w Sapporo! I szczęście sprzyjało Fortunie, który pokonał krajowych rywali, a ponieważ kontuzję miał Józef Przybyła, to 19-latek z Zakopanego pojechał do Japonii za niego. Fortuna wspomina:

W poniedziałek był wyjazd, a w niedzielę mnie zatwierdzono do reprezentacji Polski. No i pojechałem na olimpiadę do Sapporo. W. Fortuna w skoku, Memoriał 1974, ZakopanePrzyjechaliśmy tam i rozpoczęły się treningi na średniej skoczni. Już od pierwszego dnia ta skocznia bardzo mi się spodobała. Pod względem długości skoków byłem w czołówce: 85 m i 83 metry - to były skoki w granicach rekordu tej skoczni. Ale i koledzy, Staszek Gąsienica i inni, skakali w granicach 82 - 83 metrów.

Trener Janusz Fortecki liczył na mój dobry wynik, ale nie mógł mi wcześniej powiedzieć, bo by mnie spalił. Tak samo trener Gąsiorowski. Przecież w Sapporo miałem dopiero niecałe 20 lat. Liczyli też na innych, naszych zawodników, bo Pawlusiak był w doskonałej formie, tak samo Staszek Gąsienica i Adam Krzysztofiak. Uważali, że my wszyscy osiągniemy wynik, bo być w pierwszej "dziesiątce" to już przecież świetny wynik. Zaczęło się od konkursu na średniej skoczni. Przede mną Japończyk, skoczył 80 m. Skaczę ja - 82 metry. Wychodzę na prowadzenie na średniej skoczni. Przeskoczyłem wielu świetnych zawodników, zostali na górze tylko Kasaya, Aochi i Konno. Kasaya w pięknym stylu skoczył 84 metry, czyli przeskoczył mnie tylko o dwa metry! I to na swoim obiekcie. Wszystkie trzy medale na średniej skoczni olimpijskiej zdobyli więc Japończycy. Uważam, że zasłużenie.


Na skoczni średniej klasą dla samych siebie byli Japończycy: wygrał Yukio Kasaya, przed Akitsugu Konno i Seiji Aochi, a Fortuna był szósty (miał skoki 82 i 76,5 m). Dało to Polsce jeden punkt olimpijski. Pierwszy w skokach od czasów Stanisława Marusarza (ZIO 1936). Gdyby drugi skok Fortuny był o 4 m dłuższy Polak miałby olimpijski medal (brązowy lub srebrny).


3Wypowiedzi Wojciecha Fortuny pochodzą z wywiadu z 27.11. 1996 r. Wywiad nagrał i opracował Wojciech Szatkowski.
[strona=3]

Wyniki konkursu skoków na skoczni "Miyanomori"- ZIO w Sapporo (1972) - 6 lutego 1972 r.
Miejsce, imię i nazwisko skoczkaPochodzenie - krajSkoki - nota łączna
1. Yukio KasayaJaponia84, 79 m (244, 2 pkt)
2. Akitsugu KonnoJaponia82,5, 79 m (234,8 pkt)
3. Seiji AochiJaponia83,5 , 77,5 m (229,5pkt)
4. Ingolf MorkNorwegia78, 78 m (225,5 pkt)
5. Jiri RaškaCzechosłowacja78,5, 78 m (224,8 pkt)
6. Wojciech FortunaPolska82, 76,5 m (222 pkt)
24. Adam KrzysztofiakPolska75,5 i 73,5 m (207,3 pkt
32. Tadeusz PawlusiakPolska73,5 i 71,5 m (197,9 pkt)
39. Stanisław Gąsienica-DanielPolska73,5 i 72,5 m (194,0 pkt)

Najważniejszy skok w życiu...


Nadszedł dzień 11 lutego 1972 r., jak się miało okazać jeden z najszczęśliwszych w historii polskiego narciarstwa. Dzień, który już na zawsze zmienił życie Wojciecha Fortuny. Japończycy liczyli na drugi złoty medal Yukio Kasayi, złotego medalisty ze skoczni średniej. Kasaya za zwycięstwo miał otrzymać samochód i być przyjętym na audiencji przez cesarza Japonii Hirohito. Mówiono o nim "skoczek - samuraj". Było sporo prawdy w tym określeniu, Kasaya był świetnie przygotowany do igrzysk, skakał jak z nut, to było widać już na treningach. To miało być przekonywujące zwycięstwo skoczków Kraju Kwitnącej Wiśni. Ponad 50 tysięcy japońskich kibiców na Fortuna sprzyjała Fortunie, na podium Sapporo 1972stadionie i miliony przed ekranami telewizyjnymi czekały na jego sukces i drugi złoty medal na tych Igrzyskach. Ale w konkursie brało udział także wielu utytułowanych rywali: Napalkow, Raška, Norweg Mork, Kaeykho, Wolf, Steiner - wszyscy oni należeli do światowej czołówki. Przenieśmy się jeszcze raz pod Okurayamę, by prześledzić olimpijski konkurs. Wojciech Fortuna wspomina:

Okurayama. To typowo nowoczesna skocznia - piękny obiekt. Pooglądałem ją, poszedłem na górę i w próbnym skoku osiągnąłem 100 metrów. Jeszcze wtedy nie było wyciągu, chodziliśmy więc na rozbieg tej skoczni na nogach po metalowych schodkach. Ta skocznia "leżała" mi od pierwszego skoku. Ona tak samo jak średnia skocznia miała próg o nachyleniu 11 stopni - to była naprawdę nowoczesna skocznia, jak na tamte czasy. Zresztą ja wtedy potrafiłem skoczyć na każdej skoczni. Kasaya także daleko, zresztą on na luzie, bo już wcześniej zapowiedział, że jego zwycięstwo to tylko formalność. Przygotowano dla niego samochód, jako główną nagrodę. Miał go wziąć ten, kto wygra. Mówiono, że Kasaya wygra, więc samochód był przygotowany dla niego. Losowanie. Prosiłem trenera by wylosował mnie w trzeciej grupie. Ponieważ zdawałem sobie sprawę z tego, że jeżeli będę w drugiej grupie, to przy moim długim skoku obniżą rozbieg. Trener Fortecki powiedział: - Losuję cię w trzeciej grupie ! i wylosował dla mnie numer 29. Przede mną skakał Japończyk Konno, srebrny medalista ze średniej skoczni. Skoczkowie oddawali ładne skoki w granicach 86 m, a Konno - skoczył 92 metry. Myślę: - Dobry skok ! Trzeba dalej skoczyć4.

Gdy Fortuna ruszył ze startu i wybił się z progu, poczuł, że jest to skok jego życia. Miał idealne wybicie z progu i ten lekki, ale noszący wiaterek od przodu. Leciał, leciał, jakby nie chciał wylądować... i skoczył aż 111 m. Trzeba powiedzieć, że tak długi skok był bardzo ryzykowny na skoczni o punkcie K 90 metrów. Fortuna przeskoczył Okurayamę. Polak skoczył jakby wbrew prawom fizyki. Jeżeli w historii sportu nadal będą notowane zdarzenia nieprawdopodobne, wymykające się statystykom, to jednym z nich będzie z pewnością olimpijski skok Wojciecha Fortuny. To był szok i w pewnym sensie nokaut (i to ciężki, a la Muhammad Ali w najlepszym okresie, kiedy nokautował rywali - przyp. W.S) dla pozostałych konkurentów. Sędziowie po skoku Fortuny przerwali na krótko konkurs (Polak skoczył na czerwoną linię, oznaczającą punkt krytyczny skoczni). Ponieważ skoczkowie niemieccy i czechosłowaccy skakali dotąd słabo, dlatego ich sędziowie chcieli powtarzania serii. Lecz pozostali sprzeciwili się i konkursu nie przerwano. Zadecydował głos sędziego z Japonii, pan Fumio Asaki, który był za kontynuowaniem konkursu, liczył bowiem na to, że Kasaya przeskoczy Fortunę. No cóż, 106 m to nie było jednak to, na co Japończycy liczyli. Po pierwszej serii Polak był pierwszy. Tak wspomina jedne z najważniejszych chwil w swym życiu:

Skoncentrowałem się na swoim skoku. Na górze w pomieszczeniu oglądaliśmy każdego zawodnika w takim monitorku TV, było tam cieplutko, kaloryfer. Wyszedłem na rozbieg i jadę. Wiedziałem, że muszę skoczyć daleko. Jak szedłem do góry, to trener Fortecki zapytał: - Wojtek, skoczysz 100 metrów? Odpowiedziałem: - Fortuna w górę - przed siedzibą klubu w ZakopanemPowinienem. Zresztą liczył na mnie także trener Gąsiorowski. Jadę i w momencie odbicia poczułem, że wyszedłem z progu pół metra wyżej niż w każdym życiowym skoku. To było idealne, perfekcyjne wyjście z progu. No i lecę, nie mogę się wycofać, aż spadłem na czerwoną linię oznaczającą punkt krytyczny skoczni. Nie ruszyło mnie przy lądowaniu. Ręce uniosłem do góry, bo wiadomo, bardzo się ucieszyłem.
Biłem sobie brawo, co widać na filmie. Cisza na stadionie. Słyszałem za to tysiące fleszy aparatów fotograficznych strzelających w moim kierunku. Patrzę na tablicę wyników: 111 metrów i 130,4 punktu - takiej noty nie pamiętam, nie widziałem nigdy w życiu. Patrzę, a ktoś biegnie do mnie. To był trener Fortecki. Gratuluje mi, rzucił mi się na szyję, uściskaliśmy się, cieszył się bardzo z mojego wyniku. Ale wiadomo było, że jeszcze dobrzy zawodnicy stoją na górze. Gdyby Kasaya skoczył 107 metrów, w dobrym stylu, to byłby przede mną, ale on skoczył 106 m. Brakło mu punktów i zajął drugie miejsce za mną po pierwszej serii.

 


 


4Wypowiedzi Wojciecha Fortuny pochodzą z wywiadu z 27.11. 1996 r. Wywiad nagrał i opracował Wojciech Szatkowski.
[strona=4]

Loteria w drugiej serii konkursowej...


Rozpoczęła się druga seria skoków na Okurayamie. Zaczęło powiewać, sędziowie obniżyli rozbieg. Fortuna prowadził, ale doświadczeni rywale, mistrzowie świata i medaliści Złoty%20medal%20olimpijski%20W.%20Fortuny%201972'olimpijscy nie dawali za wygraną. Chcieli przeskoczyć Polaka. Fortuna skacze zaledwie 87,5 m, prawie o 25 m mniej niż w pierwszej, ale i rywale mylą się i mają słabsze skoki. Mimo to końcówka turnieju była bardzo nerwowa, gdyż Szwajcar Steiner skoczył aż 103 m i stracił do Fortuny zaledwie 0,1 punktu, a trzeci Schmidt 0,6 punktu. Gdyby Steiner skoczył o niecały metr dalej byłoby po medalu... Jeszcze na rozbiegu pozostał ostatni groźny rywal, Fin Kaeykho, ale i ten nie potrafił sprostać presji - więc jest - pierwszy złoty medal olimpijski w historii polskiego narciarstwa! Radość zawodnika, trenera i całej polskiej ekipy, bo ten medal od dawna należał się polskiemu narciarstwu. Mimo to niektórzy mówili, że na dużej skoczni pomógł mu wiatr. Zapytany o to Fortuna odpowiada:

W Sapporo, gdy na skoczni wiał wiatr silniejszy niż 3 m/s to wstrzymywano zawodnika, bo skok był w takich warunkach niebezpieczny i groził upadkiem. Tak, że wtedy wiatr mi trochę pomógł, ale głównie idealnie trafione wybicie. Można tysiąc razy skoczyć i nic z tego nie wyjdzie. Bo w Sapporo byli zawodnicy, którzy skakali pięć sezonów, a mnie nie przeskoczyli i medalu nie zdobyli5.

Mieliśmy więc pierwszy, i jak dotąd jedyny, złoty medal olimpijski w konkurencjach zimowych. I w dodatku zdobyty przez zawodnika, którego przecież nie chciano wysłać do Japonii. Był to także sukces jego trenerów: Forteckiego podrzucano do góry w Sapporo, a w Zakopanem gratulacje odebrał trener Gąsiorowski. Zacytujmy wypowiedzi trenerów o pierwszym skoku na 111 m: Jana Gąsiorowskiego i Janusza Forteckiego o pierwszym skoku Fortuny.
Jan Gąsiorowski: - najdoskonalszy element pierwszego skoku. Było nim doskonałe, nic dodać, nic ująć - wybicie. Rasowy skoczek, skoczek odważny, po takim wybiciu ma wszystkie szanse. Wojtek ich nie zmarnował. To był w ogóle skok do książki o skokach.
Janusz Fortecki: - Doskonałe były dwa elementy. Pierwsza faza lotu zaraz po wyjściu z progu i moment tuż przed lądowaniem. To już były szczyty. Czegoś takiego chyba przedtem nigdy nie widziałem. Reszta też była na medal, ale te dwa elementy to czysta poezja.
Z kolei Stanisław Marusarz tak opisał skok Fortuny:

Przede wszystkim - skok "sakramencko" dynamiczny. Pokazały to... dzioby nart, bardzo wysoko uniesione do góry... Wojtek idzie twarzą do przodu... Przenosi cały ciężar ciała na palce... Z palców wyszło też odbicie z progu.. Po wyjściu z progu - następuje natychmiastowy podmuch powietrza - czołowe uderzenie wiatru... Dla takiego jak Wojtek "koliberka" nie można by sobie lepiej wymarzyć, jak to czołowe uderzenie ! Wojtek jest niesiony - wiatr idealnie idzie pod deski. Niesie jak złoto !... Chłopak wytrzymuje to uderzenie znakomicie, chociaż mu ono minimalnie rozwarło nogi...

Po wylądowaniu widać było silną "prasę" - przydusiło go, ale ustał... Inny chyba by się wyłożył, a Wojtuś siadł po prostu na udach... Tak się po prostu przyzwyczaił... Niech potwierdzi to trener Gąsiorowski, co chłopca podpatrzył na "dzikiej skoczni" na Ciągłówce i zaraz przejął nad nim pieczę..."6.


 


5Wypowiedzi Wojciecha Fortuny pochodzą z wywiadu z 27.11. 1996 r. Wywiad nagrał i opracował Wojciech Szatkowski.
6R. Dryja, Wyprawa po setny medal. Sapporo 1972, Warszawa 1972.
[strona=5]


Wyniki konkursu na skoczni dużej Okrurayama - ZIO Sapporo (1972) - 11 lutego 1972 r.
Miejsce, imię i nazwisko skoczkaPochodzenie - kraj Skoki - nota łączna
1. Wojciech FortunaPOLSKA111, 87,5 m (219,9 pkt)
2. Walter SteinerSzwajcaria94, 103 m (219, 8 pkt)
3. Rainer SchmidtDDR98,5 i 101 m (219, 3 pkt)
4. Tauno KaeykhoeFinlandia95 i 100, 5 m, nota: 219, 2 pkt
5. Manfred WolfDDR107 i 89, 5 m, nota: 215, 1 pkt.
6. Gari NapalkowZSRR99,5 i 92 m (210,1 pkt)
18. Tadeusz PawlusiakPolska87 i 90 m (183,3 pkt)
29. Adam KrzysztofiakPolska84 i 85 m (173,1 pkt)
31. Stanisław Gąsienica-DanielPolska83 i 86 m (171,1 pkt)

Piękna Seiko, powrót do kraju i Złoty Krzyż Zasługi...


Sapporo dla naszego świeżo upieczonego mistrza olimpijskiego to także inne, zupełnie pozasportowe i przyjemne wspomnienia. Wiążą się one z piękną Japonką, o europejskim typie urody, tłumaczką Seiko, którą w naszych mediach nazywano "japońską księżniczką". Fortunie - Płaczący Yukio Kasaya (reakcja po skoku Fortuny)podobała się ta dziewczyna, która jako tłumaczka wzięła udział w rozmowach jednej z japońskich firm sportowych z Fortuną, któremu zaproponowano wysokie stypendium sportowe w zamian za noszenie kombinezonu tej firmy. Potem euforia spowodowana zdobyciem złota spowodowała, że transakcja się nie udała, a Seiko zniknęła z życiorysu naszego mistrza. Były tez momenty nieprzyjemne. W Sapporo Fortunę oszukano. Premię za medal olimpijski wypłacał mu minister, ten zabrał (czyt. ukradł) dla siebie niemal połowę kwoty w dolarach. Gorzką pigułkę przełknął wtedy pan Wojciech, bo cóż miał zrobić. Sprzeciw oznaczał zakaz wyjazdów bądź coś podobnego, albo mógł się zakończyć nawet wyrzuceniem z kadry. Socjalistyczny minister przecież musiał mieć rację i ukradł po prostu te pieniądze. Takie były realia polskiego sportu tamtych czasów. Za to otrzymał Złoty Krzyż Zasługi...

Potem był tryumfalny powrót do Zakopanego, gdzie Fortunę witało przed budynkiem Urzędu Gminy Tatrzańskiej aż 25 tysięcy ludzi. Chyba żaden z tych, którzy go entuzjastycznie witali w rodzinnym mieście, nie spodziewał się, że kariera mistrza olimpijskiego w skokach narciarskich będzie tak krótka. Fortuna stał się narodowym bohaterem. I to go trochę przerosło. Za dużo było odtąd w jego życiu bankietów, a za mało treningów i startów. Mimo nawoływań i apeli trenerów, by Wojtkowi dać spokój, by nadal trenował i skakał, nie udało się już uratować Fortuny w sensie sportowym. Potem już nie odbudował formy jaką reprezentował w Sapporo, ale duża część winy leży po stronie działaczy krajowych, dla których medal Fortuny, był medalem zdobytym przez kraj socjalistyczny i wpadli na zabójczy pomysł by świeżo upieczonego mistrza pokazać masom. To zabiło Fortunę w sensie sportowym. Bowiem kto w skokach nie trenuje, ten nie osiąga sukcesów.

Skok Wojciecha Fortuny na Zimowej Olimpiadzie w Sapporo udowodnił jeszcze raz, że w takim sporcie jak narciarskie skoki wszystko jest możliwe. Nie ma stuprocentowych faworytów, a szanse są równe. Nokautujący skok Fortuny pokazał, że nawet najwięksi faworyci konkursu: Yukio Kasaya, Gari Napalkow (skakał z pękniętym śródstopiem), Manfred Wolf i inni nie mogli być do końca pewni zwycięstwa, które nagle i to zupełnie niespodziewanie wymknęło się z ich rąk. Do dzisiaj skok Fortuny jest pokazywany w polskiej telewizji jako symbol ogromnego a zarazem niespodziewanego sukcesu. Ostatnio przyćmił go sukces Adama Małysza, ale ich karier nie da się porównać. Fortuna skakał krótko, a Adam już od wielu sezonów jest wciąż w czołówce świata. Fortuna nie sprostał popularności. System okazał się na tyle silny, że zabił w nim prawdziwego sportowca. Fortuna po swoim sukcesie nie podniósł się w sensie sportowym. Warto dodać, że zrobiono wszystko, mowa o władzach sportowych naszego kraju, by zamiast skakać Fortuna uczestniczył tylko w bankietach, spotkaniach, wiecach, zrobiono z niego "cudownego Wojtka", który wożony był po całym niemal kraju, zamiast trenować, o co apelowali trenerzy, zajął się czymś zupełnie innym.

Japończycy oglądali w swojej telewizji złoty skok Wojciecha Fortuny aż ok. 85 razy, pokazywano go także wielokrotnie w telewizjach całego świata. Niektórzy mówili, że jest to najpiękniejszy skok w historii Zimowych Igrzysk, a ekipa polska w SapporoFortuna przed skokiem fetowała zwycięstwo Fortuny (impreza była niezła, skoro pokój mistrza olimpijskiego wyglądał jak zdemolowany, ale Fortuna w tym opijaniu medalu nie uczestniczył, był w radio z red. Bohdanem Tomaszewskim - przyp. W.S). - W Zakopanem strzelały butelki szampana, a ludzie zachowywali się tak jakbyśmy wojnę światową wygrali, wspomina Janusz Fortecki. Fortuna wziął udział w konkursie na Wielkiej Krokwi o mistrzostwo Polski. Fortuna wytrzymał ogromne napięcie, musiał przecież i chciał pokazać, że jest najlepszy. Zwyciężyć skoczków polskich, którzy z kolei chcieli pokazać, że są lepsi od mistrza olimpijskiego. Odpowiedzią były jego skoki o długości: 109,5 m i 108,5 m i tytuł mistrza Polski, chociaż według niektórych, w tym i samego zainteresowanego, odległości "ponaciągano" i zwycięzcą nie został Gąsienica-Daniel, mimo, że miał najdłuższe skoki. Musiał wygrać Fortuna i wygrał.
[strona=6]

Skoczek jednego skoku?... próba przełamanie mitu


To co wydarzyło się potem przypominało trochę typowy czeski, trochę przydługi i nudny film. Zahaczało swoją wymową o sportową tragedię. Po Zimowych Igrzyskach w Sapporo Wojciech Fortuna startował Skocznia K 90 w Sapporo - Okurayamajeszcze przez kilka sezonów, ale nigdy później nie osiągnął tak wysokiej formy sportowej, jak w Japonii. Dlatego dziennikarze pisali o nim coraz częściej jako o skoczku jednego skoku. Czy jednak tak było naprawdę? Czy Fortuna potrafił skoczyć tylko raz, a po Sapporo stał się nagle skoczkiem-patałachem? Jak to się mówi o takich na Podhalu - klasycznym "sietniokiem"? Nie sprostał popularności, temu szałowi wokół jego osoby - nie dał rady. Czy miał jednak szansę?

Na pewno nie był skoczkiem jednego skoku. W Turnieju Czterech Skoczni był jeszcze w 15 - ce, w Grenoble, na olimpijskiej skoczni zajął drugie miejsce. Na skoczniach Czechosłowacji zajmował przeważnie czołowe miejsca. W olimpijskim roku 1972 był jeszcze zwycięzcą Mistrzostw Polski na skoczni K 90 i uczestnikiem I mistrzostw świata w lotach narciarskich na jugosłowiańskiej Planicy, gdzie zajął 20 miejsce (najlepszy z Polaków). Skoczył ok. 130 metrów. Na kolejnych Mistrzostwach Polski był trzeci w 1973 r. Rok później wywalczył brąz na skoczni średniej, za Adamem Krzysztofiakiem i Tadeuszem Pawlusiakiem. W 1975 r. był szósty na skoczni dużej. Potem już coraz, coraz dalej.

Czy radość ze złota była pełna? Częściowo tak, ale... W Warszawie podczas powitania Fortuna czegoś strasznie żałował. Czego? Wspomina: - Jest kilka spraw, których serdecznie żałuję. Najbardziej zaś tego, że właśnie wtedy, w tej Sali gdzie mi gratulowano i dziękowano, nie zapytałem: - Panie ministrze? Dlaczego zamknął pan drzwi przed moim trenerem? Nie zapytałem, bo się nie odważyłem. Lepiej było udawać, szczerzyć zęby, prosić o dalszą pomoc dla klubu. Bezpieczniej było nie ujmować się za bliskim człowiekiem. A przecież słynąłem z odwagi. Jak ktoś nie wierzy, niech wlezie na rozbieg i spojrzy w dół. Tylko, że co innego zmierzyć się z siłami natury, inna zaś sprawa jeśli chodzi o ludzi. Miałem dopiero 19 lat. Zaczynałem dopiero poznawać obłudę. Ten urząd nie mógł być pokalany wejściem osoby, która się naraziła. Bowiem znaleźliśmy się w gronie ludzi prawych. Jednego już poznałem w Sapporo (okradł Fortunę - przyp. W.S). Kiedy w parę miesięcy później zobaczyłem na rynku w Monachium, nieopodal kościoła, jak największy luminarz naszego sportu handluje biletami, powiedziałem: A k... mać z wami!"7.

Dalsze falowanie i spadanie w dół...


Kolejną ważną imprezą, w której wziął udział, były MŚ w 1974 r. w Falun, ale tam Fortuna nie odniósł żadnych sukcesów: był 29 na skoczni o punkcie K, 70 m i 37 na skoczni 90 m.. Uważam jednak, że mocno krzywdzące wobec niego jest to, że wielu dziennikarzy pisze o nim jako o zawodniku tylko jednego skoku, któremu udało się, wykorzystał wiatr, noszenie itd. Jest to tylko po części prawda. Dodatkowo wszelkie próby stworzenia jednowymiarowego wizerunku Fortuny nie bardzo się udają, chociaż też nie można pisać o nim wybujałych laurek i peanów. Dlatego przeanalizujmy jeszcze raz jego karierę sportową i pamiętny 111 m skok.

Po pierwsze udaje się tylko najlepszym. Słaby skoczek nie skoczyłby na Okurayamie 111 m i na "czerwoną krechę" punktu krytycznego skoczni. Po drugie Fortuna nie był skoczkiem jednego skoku. Prawdziwsze jest określenie - skoczek jednej olimpiady. Wojciech FortunaPrzecież na średniej skoczni olimpijskiej był szósty i zdobył dla Polski jeden punkt olimpijski. Był w związku z tymi wynikami najlepszym skoczkiem Zimowych Igrzysk w Sapporo ( 6 na K 70 i 1 na K 90). Dzięki talentowi zajął drugie miejsce w skokach podczas Memoriału Bronisława Czecha, rozegranych w 1975 r., za uzdolnionym skoczkiem z NRD - Henrym Glassem. Pokonał wtedy słynnego skoczka Hansa Georga Aschenbacha, jednego z najlepszych skoczków lat 70. A więc jednak tych dobrych skoków było więcej niż jeden! Potem atmosfera wokół Fortuny zaczęła się coraz bardziej psuć. W 1976 r. na obozie w Czechosłowacji powiedziano mu wprost, że albo skoczy 80 metrów albo się pożegna ze skokówkami i z klubem, który nie będzie wydawał ciężkich pieniędzy na słabego zawodnika. Fortuna 80 m skoczył, ale konflikty pozostały. Wtedy trener Janusz Fortecki namówił go do zakończenia kariery, bo skoro źle skacze, to należy skończyć ze sportem, zanim się złoty medal całkowicie nie zdewaluuje. I Fortuna skończył ze sportem. Za swoje zasługi otrzymał kilka odznaczeń: Został taksówkarzem., ale po trzech sezonach znów wrócił do skoków i był w 1979 r. 18. w Memoriale Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny. Nie był ani zachwycony, ani zmartwiony tym wynikiem. Mimo przeciwności i negatywnych ocen powrócił do skakania. Po prostu lubił skoki i miał chęć jeszcze raz w swoim życiu popatrzeć na tłum ludzi zgromadzonych pod skocznią8.

Trzeba wreszcie powiedzieć, że wielu pisze i podaje, że Adam Małysz jest pierwszym polskim mistrzem świata w skokach, gdy tymczasem Fortuna za zwycięstwo olimpijskie oprócz złotego medalu olimpijskiego otrzymał także złoty krążek FIS, za mistrzostwo świata w skokach. A więc on jest pierwszym polskim mistrzem świata w skokach narciarskich. To tyle gwoli tzw. prawdy historycznej. Z Sapporo Fortuna przywiózł więc do Polski nie jeden ale dwa medale. Może to wyjaśnienie przyczyni się chociaż trochę do tego, że skończy się w kraju bardzo płytkie wyobrażenie Fortuny jako zawodnika, czy mistrza jednego skoku.



7W. Fortuna, Szczęście...j. w., s. 96.
8Jerzy Iwaszkiewicz, Wojciech Fortuna, "Sportowiec" nr 51 (1518) z 18 grudnia 1979 r.
[strona=7]

"Nie jestem niebieskim ptakiem" - mówi Wojciech Fortuna


Nadal interesuje się sportem narciarskim. Zapytany o to co dało mu narciarstwo, mistrz olimpijski odpowiada:

Sport to zdrowie. Każdy coś lubi, ja lubiłem narty. Nasze miasto (mowa o Zakopanem) jest położone w górach, tak że jak ktoś raz przypnie narty to już będzie przypinał do końca życia. Ja sam zawsze mam czas, żeby choć raz w roku stanąć na nartach, wyjechać na Kasprowy Wierch, czy na Gubałówkę. Ja narciarstwo po prostu kocham.

Sportowym wzorem był dla niego kolega z reprezentacji - Stanisław Gąsienica - Daniela:

Ja się wzorowałem na Staszku Gąsienicy - Danielu, bo to był doskonały skoczek. Bardzo pracowity. Kiedyś przychodzę do Staszka do domu i pytam: - Jest Staszek. A ojciec: Nie ma go, jest na treningu. Ja mówię: Na jakim treningu ? On na to : Na Wojciech Fortuna w Muzeum Tatrzańskim, fot. Wojciech Szatkowskiindywidualnym. I ja zacząłem robić to samo co Staszek, żeby nie tracić formy. On jak widział, że mu coś jeszcze brakuje, to robił trening szybkościowy, skoki i biegi. Ja sobie taką samą ścieżkę treningową ustawiłem na Ciągłówce. Staszek był moim wzorem.

Jakie uczucia ogarniają skoczka na rozbiegu? Strach, euforia, czy może chęć wygrania z samym sobą i rywalami? Czy mistrz olimpijski czuł strach. Wojciech Fortuna odpowiada, że nie:

Jak masz stracha to musisz zostać w domu - tak mawiał Stanisław Marusarz. Miałem wielu kolegów, których skoki kończyły się na Średniej Krokwi, na dużą już nie poszli. Jadąc na próg skoczni 100 - metrowej muszę w każdej sekundzie decydować o wszystkim, bo muszę przeżyć, by nic się nie stało. A wypadki zdarzają sie przecież najlepszym, chociażby tragiczny wypadek "Dzidka" Hryniewieckiego. Nie ma kalkulacji, wykluczone, jeśli się ma stracha, to już koniec. Tak było przecież w Sapporo. Niejeden zawodnik mógł się przestraszyć odległości, lądowania i tego co się działo, a ja podczas swojego skoku wyłożyłem się na deski w końcowej fazie skoku.9!

Na tym kończy się opowieść złotego medalisty z Sapporo o jedynym, na razie, polskim złotym medalu na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich. A także opowieść o Fortunie - człowieku, którego życie chciano zaszufladkować i ustawić wyłącznie z perspektywy Sapporo. A to jest znaczne uproszczenie. Wojciechowi Fortunie pozostała sława mistrza olimpijskiego. Kiedy pojawia się na Wielkiej Krokwi w Zakopanem spiker zapowiada, że wśród widzów jest złoty medalista z Sapporo - Wojciech Fortuna w Muzeum Tatrzańskim, fot. Wojciech SzatkowskiWojciech Fortuna. Wtedy rozlegają się długo nie milknące brawa. I jeszcze jedno: Wojciech Fortuna miał na swoim busie, którym jeździł po Zakopanem i za granicę ma napisany tekst: Sapporo 72, Poland, Gold Medal. Po zakończeniu kariery wiodło mu się różnie. Miał i problemy z samym sobą. Ale, tak naprawdę, któż jest od nich wolny? Po zakończeniu kariery chciał pracować w klubie "Wisła-Gwardia" Zakopane, lecz... otrzymał zeń wypowiedzenie. W 1994 r. był z polską ekipą w Lillehammer, gdzie komentował konkursy skoków. Przebywał w Stanach Zjednoczonych i prowadził tam firmę "Fortuna Service Inc." Potrafił sobie więc dać radę za oceanem, stanął na nogach pod względem finansowym. Za oceanem ukazały się jego wspomnienia. Książka "Szczęście w powietrzu" ukazała się w 2000 roku. Opowiada w niej prawdę o sobie samym, swoim zamiłowaniu do skoków, ale jest też wobec siebie krytyczny: - Niestety wiele osób zawiodłem. Nie jestem alkoholikiem, cwaniakiem i przemytnikiem, żadnym niebieskim ptakiem. Ciągle żyję i nic mi nie trzeba. Tak mówi po latach. Chciał wrócić do kraju i pracować dla ukochanej "Wisły". Wrócił i była konkubina skierowała do sądu mocno naciągany wniosek o pobicie sprzed lat. Wniosek spowodował, że Fortuna wylądował w zakładzie karnym w Nowym Sączu. Na krótko na szczęście. Został zwolniony za kaucją, którą wpłacił Tatrzański Związek Narciarski. Złość pozostała. Na tyle była silna jednak, że Fortuna stwierdził, że ma już dość Zakopanego i sprzedał swoje mieszkanie przy ul. Za Cieszynianką, a obecnie z żoną mieszka w Suwałkach. Żyje normalnie, po swojemu, jeździ na ryby, zbiera grzyby. Czasami wpada do Zakopanego na zawody. Ma rentę olimpijską.

Sam Fortuna tak napisze o tym jak go oceniono w sposób następujący: -Nasłuchałem się wiele razy o "prawdziwych" przyczynach moich późniejszych niepowodzeń. Cóż, nie mam o to żalu. Ludzie chcą słyszeć najprostsze wyjaśnienia. Wszystko co złożone i skomplikowane wydaje się podejrzane. O, tak, wóda, baby, hazard. Dziś można by jeszcze dodać "prochy". To każdy rozumie. Jest bowiem coś w nas, że chcielibyśmy uwolnić się od tej odpowiedzialności, która na każdym z nas spoczywa. Przecież to co się z nami stało, Staszkiem, Cześkiem, ze mną, naszymi mniej znanymi kolegami, jest trochę bardziej skomplikowane aby to wyjaśnić jednym słowem10.



9Wywiad z Wojciechem Fortuną przeprowadził Wojciech Szatkowski w dniu 27.11.1996 r.
10Wojciech Fortuna, Szczęście w powietrzu, Chicago 2000, s. 105.
[strona=8]

Ostatnie wnioski...


Zabiorę więc jeszcze na koniec raz głos w sprawie Wojciecha Fortuny. Trochę mnie, powiem szczerze, wkurza (tak dokładnie jest to dobre odzwierciedlenie mojego stanu ducha w tej sprawie - przyp. W.S) dorabianie mu ciągle Triumfalny wjazd do Zakopanegołatki "mistrza jednego skoku", czy polowania na "tanią sensację" i szukanie "czarnych plam" w jego życiorysie, w czym celują lub celowały niektóre nasze media (a nawet historycy FIS, o czym zaraz poniżej napiszę). Jakoś nikt nie chce przypomnieć i zanalizować tego wspaniałego skoku, jak to potem w marcu 1972 r. zrobił Janusz Fortecki w "Sportowcu". Po pierwsze skok oddany w 1 serii konkursowej na Okurayamie na 111 m pamiętnego 11 lutego 1972 r. należał do najpiękniejszych w historii ZIO, o tym można przekonać się śledząc reakcje na ten skok dziennikarzy sportowych i znawców z całego świata - mimo, że byli lekko "znokautowani" (tak jak i zawodnicy) to jednak potrafili docenić mistrzostwo Fortuny. Takiego skoku nie oddał wcześniej żaden zawodnik na mistrzostwach świata i zimowych igrzyskach. Takiej noty do 1972 r. nie dostał żaden skoczek! To ma swoją wymowę i świadczy samo za siebie. Dlaczego więc tak często krytykujemy Fortunę? To on sam jest po części sobie winien, ale czemu próbujemy "dokopać" mu (niektórzy) albo przynajmniej dokleić kolejną łatkę do wizerunku "fuksiarza" człowiekowi, który jako jedyny Polak w sportach zimowych był tym, któremu na stadionie zagrano Mazurka Dąbrowskiego. Czemu dalej nie potrafimy docenić tego wyniku, oceniając go (Fortunę) z perspektywy tego co się wydarzyło potem. To jest nieco śmieszne, ale i tragiczne i wystawia dosyć niską ocenę tym, którzy wydają takie oceny. Co prawda sobie na to poniekąd sam zainteresowany zasłużył, bo Fortuna zdobył sportową sławę, ale jego późniejsze wyskoki przyczyniły się li tylko do "skrzywienia" jego obrazu, niestety. Nie potrafił bowiem sprostać zaistniałej sytuacji, miał wtedy 19 lat. Przysłowiowa "woda sodowa" uderzyła do głowy. Ale co zrobił to zrobił. Przeszedł do historii, dlatego apeluję byśmy jednak skoncentrowali się na tym co sportowe, i docenili to co osiągnął 11 lutego 1972 r. na Okurayamie. Pamiętajmy też, że przecież w historii olimpiad było przynajmniej kilku takich "mistrzów jednego skoku", exemplum chociażby dwaj Finowie: Antti Hyvärinen 1956, Jouko Tőrmaenen 1980 i jest też podobnych kilku innych, i jakoś nikt nie ma do nich pretensji, czyli nikt im nie zarzuca, że skoczyli dobrze tylko jeden raz na ZIO. Tőrmaenen wygrał olimpiadę raz w 1980 w Lake Placid, a potem "włóczył" się po jakiś 15-16 miejscach, i nikt go w Finlandii specjalnie nie krytykował i nie atakował. Gdy Nykaenen miał kłopoty i chciał sprzedać swoje medale, wielu pomagało mu, a medale wylądowały bezpiecznie w Muzeum w Helsinkach. Tamte społeczności chciały pomóc, naśladujmy i my takie zachowania. Nasze zachowania i ataki (niektórych przynajmniej) są co najmniej dziwne. Rozumiem, że może wynikać z niewiedzy, nie wszyscy mogą bowiem osobiście znać Fortunę, ale często nasza postawa wynika, niestety, też z chęci "dokopania" mu (Fortunie), bo robią tak inni. Często widać to choćby po komentarzach w Internecie, gdzie każdy komentujący może się "wyżyć", bo pisze często pod nickiem, i nie musi brać odpowiedzialności (tak się często dzieje na tej stronie - przyp. W.S) za to co pisze, bo pisze jakby bezosobowo, nie podpisuje się. Albo, co się też często zdarza, atakujący odreagowuje w pewien sposób swoje jakieś zastarzałe kompleksy i negatywne emocje, które w niektórych są bardzo silne, niestety. Myślenie tych osób jest proste: a więc dokopmy mu. Mówiąc krótko: inni mogą, to ja też. Jest to jednak chore. Bo pamiętajmy o jednym, trzeba mieć w tym wszystkim własne zdanie i wiedzę! To jest najważniejsze. Trzeźwo myśląc, analizując to co było przed Sapporo i po, zauważymy być może prawdziwsze oblicze Fortuny, który nie jest przysłowiowym aniołkiem z renesansowych obrazów, słodkim i milusińskim, ale też nie jest rasowym przestępcą, nikogo przecież nie zabił, więc jest po prostu jednym z tych, którzy w życiu mieli niebywałe szczęście, ale konsekwencje tego szczęścia ich przerosły.

W tej sprawie także wypowiadali się fachowcy. Historycy FIS też ostatnio "atakowali" Fortunę, np. Egon Theiner napisał kiedyś do mnie maila, właśnie w takim tonie: fuksiarz, raz tylko mu się udało, co o nim sądzisz? Odpisałem tak jak tutaj: Fortuna W Salt Lake City 2002był dobrze przygotowany do ZIO i zrobił swoje, żadnego "fuksu" nie było, a co było potem to inna sprawa. Theiner zrozumiał, albo udaje że zrozumiał. Raczej to drugie.
Byłemu mistrzowi olimpijskiemu przypina się więc wiele "łatek". Czynią to często media, ale nie tylko: a więc do Fortuny przylepiono wizerunek pijaka, "niebieskiego ptaka", "damskiego boksera", czy "skoczka jednego skoku", mieszając bardzo często jego życie sportowe z prywatnym, łatwo wydając oceny, które są jednak zbyt proste i jednostronne, a z pewnością nie oddają prawdziwego wizerunku mistrza olimpijskiego, jako człowieka. W pogoni za sensacją osoby ferujące tego typu oceny zapominają nieraz o rzetelności albo o przyzwoitości. A to nie jest fair. Tymczasem moje obserwacje (kilkuletnie osobiste nasze kontakty i film "Szczęście na Okurayamie", który o Wojciechu Fortunie nakręciłem w 2004 r., częste wspólne rozmowy i to wielogodzinne) dały mi inny obraz człowieka, który teraz chce ustabilizować swoje życie, wiedząc że w swoim wcześniejszym życiu popełnił mnóstwo błędów i głupstw, ale teraz oczekuje czegoś w formie wybaczenia i z drugiej docenienia tego, co zrobił kiedyś na "Okurayamie". Jest to człowiek, który zawsze mówi wprost to co czuje, czym wielokrotnie mi zaimponował w czasie spotkań w Zakopanem, a także w studiu telewizji polskiej. Mówiący o pewnych sprawach, nierzadko trudnych, w sposób otwarty i bez przysłowiowego "owijania" w bawełnę. Odważny i bezpośredni. Jak kiedyś na skoczni. Dlatego sam wielokrotnie broniłem Fortunę i będę to robił. Nie tylko zresztą ja. Bardzo mocno utkwiły mi w pamięci ciekawe i jakże prawdziwe słowa komentarza do mojego tekstu o Stanisławie Danielu, które napisał swego czasu na tej stronie "Marco Polo". Chodzi o wypowiedź w odniesieniu do ataków na mistrza olimpijskiego, które na WWW.skijumping.pl poczyniły pewne osoby. Oto one (cytuję fragment - W.S): - Zostawmy na boku prywatne sprawy Fortuny. To nie miejsce na takie rzeczy. On nie kandyduje na prezydenta państwa czy nawet na burmistrza Zakopanego, żeby mu takie brudy wyciągać. Jak zacznie się interesować i głośno komentować życie rodzinne innych to wtedy można coś takiego zrobić. Wcześniej nie. Jego nie zaproszono do studia (chodzi o studio olimpijskie Turyn 2006) jako specjalistę i fachowca od spraw rodzinnych. On tam przyszedł jako mistrz olimpijski w skokach narciarskich. Chociaż jak wspomnę sobie telewizję przedwildsteinową to aż się dziwię dlaczego nigdy wcześniej nie zaproszono Wojciecha Fortuny jako autorytetu rodzinnego. Skoro tacy jak Michnik czy Szczypiorski mogli robić za moralne...
[strona=9]
Zapytuję: kto w swoim życiu błędów nie popełnia, niech weźmie kamień i pierwszy Rzeźba Mieczysława Króla Łęgowskiego - Fortuna w geście zwycięstwarzuci nim w mistrza olimpijskiego. Jestem więc zwolennikiem jednego: oddzielmy to, co zrobił Fortuna dla polskiego sportu (olimpijskie złoto, i to jedyne na razie w sportach zimowych) od tego co się wydarzyło potem, a wiec od jego życia prywatnego, nie mieszając wszystkiego do przysłowiowego "jednego worka". Nie ferujmy tzw. łatwych wyroków, bo one mogą obrócić się przeciwko nam samym, wystawiając nas na śmieszność. Z drugiej strony pewne wydarzenia mocno zaszkodziły byłemu sportowcowi i trudno go nazwać wzorcem dla młodzieży. Jednak takie sytuacje przydarzają się, czy chcemy, czy też nie. Miał je (ostre problemy z samym sobą, stany narastającej, niemal paranoidalnej agresji) mistrz olimpijski Matti Nykaenen i wielu innych sportowców (nie miejsce tu na ich wymienianie). Trudno jest więc czasami sprostać młodemu sportowcowi, w takiej sytuacji, gdy nagle wychodzi z cienia i z przysłowiowego Kopciuszka staje się nagle gwiazdą i numerem jeden. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć i "poukładać" od nowa swoje życie. Wartości itd. Fortuna nie potrafił. Adam Małysz jest w tym względzie prawdziwym wzorem. Ja jednak nie będę winił tylko Fortuny za to co się stało. Sprawa jest bowiem, jak widać, dużo bardziej złożona. W dodatku nie za bardzo widzę potrzebę, by "wchodzić z butami" w czyjeś życie prywatne. Mimo, że żyjemy w czasach, kiedy taka postawa, tj. przepraszam za wyrażenie - "rycie na chama" w czyimś życiorysie jest trendy, jest esencją pracy niektórych dziennikarzy i ich metodą pracy, to miejmy własne zdanie, i ... odpuśćmy Fortunie. Już czas. A hieny dziennikarskie, pozostaną hienami, i będą ciągle nam wmawiać, że świat dzięki takim jak Fortuna jest brudny i zły. Oni widzą i święcie wierzą, że życie to rynsztok, my widźmy gwiazdy lub niebieskie niebo. Miejmy własne zdanie. O to apeluję. I na szczęście, nie musimy im wierzyć do końca. Wiemy, że świat i życie są bardzo złożone, czasami wymykają się słabszym z nas z rąk. Życie w 1972 r. i zaraz potem wymknęło się trochę 19-letniemu Wojciechowi Fortunie i teraz za to cierpi. Zawalił tyle spraw, których nie da się już "odkręcić", ale on wie o tym. Teraz jego życie ustabilizowało się i chce po prostu normalnie żyć. Tylko tyle. Zakopmy więc topory wojenne i wspomnijmy to, co dobre. Mimo, że ciężko zapomnieć to co złe, mamy przecież w nim (Fortunie) jedynego złotego medalistę zimowych olimpiad. O to mi tylko chodzi.

A polskim skokom życzyłbym tylko byśmy mieli co kilka lat takiego Fortunę, który Wojciech Fortuna z autorem tekstu wygra olimpiadę, byłoby całkiem nieźle. I jeśli odejdzie, nie miejmy mu tego za złe. Tak się bowiem w tej właśnie dyscyplinie zdarza. Przypadek Wojciecha Fortuny jest także potwierdzeniem tego, jak ważną rolę w życiu człowieka odgrywa szczęście, które na Okurayamie odmieniło całkowicie jego życie. Nie zawsze na lepsze. Życie jednak samo nieraz pisze zawiłe scenariusze, które są inne, i to w sposób diametralny, od tego, co byśmy sami chcieli od niego otrzymać. Jednak Ci na Górze, mają wobec nas własne plany. Także wobec tego, który ma na nazwisko Fortuna i jest byłym mistrzem olimpijskim. Dali mu olimpijskie złoto, potem wylądował nisko, bardzo nisko, a teraz chce żyć jak normalny człowiek. Dajmy mu szansę. Bo każdy z nas na taką jedną przynajmniej szansę zasługuje, i ma ją daną od tych z Góry. Oni przecież najlepiej wiedzą, co czynią.

Wojciech Szatkowski
Muzeum Tatrzańskie
e-mail: w.szatkowski@poczta.onet.pl


UWAGA!!! Zapraszam także do zakupienia filmu w formacie DVC-am pod W Salt Lake City 2002tytułem "Wojciech Fortuna - Szczęście na Okurayamie". Film został zrealizowany przez Macieja Stasińskiego i Autora tego tekstu w 2004 r. w formie wywiadu-rzeki Wojciecha Szatkowskiego z mistrzem olimpijskim. Film trwa 56 minut, zawiera też unikalne zdjęcia (w większości niepublikowane). Cena 25 zł. Zamówienia proszę przesyłać na mój e-mail: w.szatkowski@poczta.onet.pl, a film zostanie przesłany za pobraniem pocztowym na wskazany adres.

Wojciech Szatkowski, Źródło: Informacja własna
oglądalność: (45445) ilość komentarzy: (771)
Letnia
Grand Prix
Letni
CoC
FIS
Cup
LGP
Pań
LPK
Pań
FIS
Cup Pań
Najbliższy konkurs:
Oberwiesenthal HS106
19.08.2017
Aktualna klasyfikacja PK Pań:
Lp.ZawodnikKrajPunkty
1.PAGNIER JosephineFrancja200
2.GOERLICH LuisaNiemcy160
3.HESSLER PaulineNiemcy110
4.MAIR SophieAustria95
5.ERNST GianinaNiemcy80
19.TWARDOSZ AnnaPolska23
Pełna klasyfikacja..»
Najbliższy konkurs:
Villach HS98
15.07.2017
Aktualna klasyfikacja:
Lp.ZawodnikKrajPunkty
1.HARALAMBIE DanielaRumunia485
2.RAJDA KingaPolska334
3.TRAMBITAS Andreea DianaRumunia279
4.KRAUS HenrietteNiemcy232
5.BARANCEWA AleksandraRosja216
15.TWARDOSZ AnnaPolska153
40.KARPIEL KamilaPolska66
41.PAŁASZ MagdalenaPolska64
46.SZWAB JoannaPolska58
87.KIL JoannaPolska16
Pełna klasyfikacja..»
Kroppa
2000-2017 skijumping.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Poltyka cookies
Skijumping.pl