"Skok do Piekła" po raz drugi
Ciesząca się ogromnym zainteresowaniem książka Leszka Błażyńskiego "Wojciech Fortuna. Skok do Piekła" już po czterech miesiącach od swojej premiery doczekała się drugiego wydania. Zajmującą opowieść o wzlotach i upadkach pierwszego polskiego Mistrza Olimpijskiego w skokach narciarskich można nabyć w internecie.
Biografia obfituje w wiele nieznanych, czasem drastycznych i szokujących faktów z życia Wojciecha Fortuny, który po ogromnym sukcesie sportowym w pewnym stopniu utracił kontrolę nad swoim życiem, a popełnione błędy, życiowe wybory i trudne decyzje zaprowadziły go między innymi za kierownicę taksówki, do więziennej celi i za ocean. Recenzję książki, którą zamieściliśmy na naszym portalu w grudniu można przeczytać tutaj.
O wydanej biografii mieliśmy okazję porozmawiać z jej bohaterem, Wojciechem Fortuną, a zapis tej rozmowy dostępny jest tu.
Książkę można zakupić za pośrednictwem największego portalu aukcyjnego - Link
Poniżej prezentujemy fragmenty rozdziału XVI zatytułowanego „Bimber rozcieńczany na skoczni”
„– Moje kłopoty z wódą zaczęły się po Sapporo. Wcześniej piłem rzadko, ale
po wygranej na igrzyskach, gdzie tylko się pojawiałem, wszędzie częstowano
mnie alkoholem. Każdy chciał się napić ze mną, dygnitarze partyjni, znajomi
z podwórka czy też zwykli kibice. W czasach PRL-u władza rozpijała lud. Wódka
była tania, a pili ją prawie wszyscy: sportowcy, politycy, artyści czy dziennikarze.
Wóda lała się strumieniami. Komunistom to pasowało. Lepiej przecież
rządzi się tumanami – podkreśla.
– Gdzie się pojawiłem, tam częstowano mnie różnymi trunkami. Nagle po
sukcesie w Azji wokół mnie pojawiła się setka kolegów. Niektórzy z nich wiedzieli,
jak wykorzystać okazję i na moich plecach robili karierę w partii czy innych
organizacjach. Gdybym był wtedy mądrzejszy, kazałbym im wszystkim
wypierdalać – zaznacza ostro. (...)
Sportowcy często bawili się również w słynnej dyskotece „Morskie Oko”.
Gdy Fortuna przychodził z kolegami do knajp, barmani zacierali ręce, bo
wiedzieli, że sporo na rozrywkowych klientach zarobią. Nie przeszkadzało im
nawet to, że goście zwykle mieli ze sobą wódkę, którą wcześniej kupili w Peweksie
lub na melinie (alkohol w barze kosztował drożej niż w sklepie). Kelnerzy
i barmani wpuszczali ich, a czasami, w dowód wdzięczności, dostawali po kielichu.
Mało tego, gdy wesołej grupie nie udało się kupić wcześniej wódki, to załatwiał
ją kelner. Fortuna i spółka bawili się też w barze „Piekiełko” w Centralnym Ośrodku
Sportu. – Czy nie obawialiśmy się, że nakryją nas tam trenerzy lub działacze?
Dla niepoznaki nalewaliśmy czasami wódkę do filiżanek do kawy – przypomina
były dwuboista Pach. – Była tam szafa grająca. Wrzucaliśmy do niej żeton
i później tańczyliśmy na parkiecie – dodaje. (...)
(Fortuna) raz upił nawet słynnego Austriaka Antona Innauera, który w 1980 roku powtórzył
sukces Polaka i w Lake Placid został mistrzem olimpijskim, tyle że na skoczni
normalnej. W połowie lat 70. Innauer wyleciał ze zgrupowania w Mühlbach właśnie
przez Polaka. (…) W tamtym okresie nastolatek z Austrii podziwiał Fortunę. – Z Wojciechem najbardziej kojarzą mi się… złote buty skokowe. Gdy przyjechał na treningi do Austrii i skakał w tych butach, my, młodzi Austriacy, byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Firma zrobiła produkt specjalnie dla niego! To było w tamtym
okresie naprawdę coś wyjątkowego. Nikt poza nim nie miał takiego sprzętu.
Wiadomo, że gdy jest się nastolatkiem, to takie gadżety działają na świadomość.
Wojtek w tamtych czasach był celebrytą. W Sapporo wygrał w wielkim stylu,
a później mógł sobie pozwolić na różne ekstrawagancje. Lubił czasami wypić,
ale mimo to wszyscy go bardzo szanowaliśmy i podziwialiśmy. Poza tym rozbawiał
nas; prawie zawsze był wesoły i skory do żartów – wspomina Innauer.
Zagraniczni skoczkowie zastanawiali się nawet, czy to złote obuwie nie ma
na sobie domieszki kruszcu. Były to jednak zwykłe buty pomalowane złotą farbą.
Fortuna otrzymał je od fabryki z Krosna za rozsławianie jej wyrobów. (...)
„Na skoczni walczyliśmy na całego, ale później, po zawodach, razem szliśmy na kielicha. Jugosłowianie Bogdan Norčič czy Peter Stefancić mieli czasami przy sobie śliwowicę, Czechosłowacy na czele z Leošem Škodą palenkę, czyli ich wódkę owocową. A my..."
autor: Adrian Dworakowski, źródło: Informacja własna weź udział w dyskusji: 17