Skończył karierę, bo... "nie miał na chleb". Vegard Opaas - pierwszy norweski zwycięzca PŚ
Halvor Egner Granerud będzie dopiero czwartym Norwegiem, który na koniec sezonu w triumfalnym geście uniesie Kryształową Kulę za triumf w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Przed nim dokonali tego Anders Bardal, Espen Bredesen i trochę zapomniany dzisiaj Vegard Opaas w sezonie 1986/87. Równie ciekawe jak fakty z czasu trwania jego kariery, a może nawet i ciekawsze są powody, dla których przedwcześnie ją zakończył.
Opaasa, choć ma swoje osiągnięcia, nigdy nie będziemy zestawiać w jednym rzędzie z najwybitniejszymi zdobywcami Pucharu Świata. W swoim zwycięskim sezonie triumfował między innymi dlatego, że tamta zima nie posiadała zdecydowanego dominatora, a on wykazał się najrówniejszą formą. Obrońca trofeum, Matti Nykaenen, wpadł w ciąg alkoholowy w czasie świąt Bożego Narodzenia i do Oberstdorfu dotarł w ostatniej chwili. W czasie Turnieju Czterech Skoczni nie miał ochoty przestać balować i w austriackiej części imprezy już nie wystartował. Został na jakiś czas zawieszony przez rodzimą federację i o obronie Kryształowej Kuli mógł zapomnieć.
Opaas na przestrzeni całej zimy siedmiokrotnie stawał na podium, czterokrotnie był to jego najwyższy stopień. Zajął drugie miejsce w TCS, a o tym, że go nie wygrał, przesądziła wpadka w Ga-Pa gdzie był dopiero 15. Z mistrzostw świata w Oberstdorfie przywiózł dwa srebrne i jeden brązowy medal. Ogólnie rzecz biorąc w szerokiej światowej czołówce utrzymywał się przez pięć sezonów. Bywa, że porównuje się go do Andersa Bardala, jako Norwega, którego trudno określić skoczkiem wybitnym, a jednak posiadającym w swojej gablocie Kryształową Kulę. Ale nawet Bardal był skoczkiem bardziej utytułowanym niż Opaas, który karierę zakończył po zimie 1989/90 w wieku 28 lat. Twierdził że, uprawiając tę dyscyplinę sportu, nie miał za co żyć...
Dyskusja na temat niskich zarobków skoczków narciarskich, ich niedoceniania przez Międzynarodową Federację Narciarską przybrała na sile w drugiej połowie lat 80. W 1988 roku swoją propozycję na reformę lub nawet rewolucję dyscypliny wysunęli producenci sprzętu narciarskiego. Jak miała wyglądać? Tak opisywał to redaktor Andrzej Stanowski na łamach Gazety Krakowskiej: " (...) Niemniej fakt pozostaje faktem, iż Nykaenen i jego koledzy zarabiają znacznie mniejsze pieniądze niż multimilioner Lendl czy zjazdowiec Zurbriggen. Dlatego w gronie producentów sprzętu sportowego zrodził się pomysł zrewolucjonizowania skoków narciarskich. Na czym ma to polegać? Idzie o stworzenie listy klasyfikacyjnej skoczków na wzór np. komputerowej listy tenisistów. Do każdego konkursu o Puchar Świata dopuszczanych byłoby 50 najlepszych skoczków z tej listy plus 20—30 z eliminacji. Ustalone byłyby stawki finansowe (oficjalne) za zwycięstwo i miejsca w pierwszej piętnastce. Proponuje się, by wzorem tenisowym wytypować 4 wielkie konkursy (np. Turniej Czterech Skoczni, Lahti, Holmenkollen, Planicę), które będą punktowane najwyżej. Będzie to taki narciarski szlem. Skąd brać pieniądze na premie dla zawodników? Producenci nart są za tym, by dopuścić możliwość reklamy także na samych nartach, niech więc skoczkowie szybują na deskach, na których będzie znaczek „Coca-coli" czy „Philipsa” A więc dalsza komercjalizacja narciarstwa. Dzisiejszy sport — twierdzą producenci — nie może obejść się bez dolarów. FIS musi być konsekwentny. Skoro pozwala zarabiać zjazdowcom na reklamie nie tylko sprzętu sportowego olbrzymie sumy, to takie same możliwości, trzeba stworzyć skoczkom".
FIS nie była zainteresowana tym rozwiązaniem, a skoczkowie nadal zarabiali pieniądze, ich zdaniem, niewspółmierne do prestiżu, jakim cieszy się uprawiana przez nich dyscyplina oraz wysiłku, jak wkładają w jej uprawianie. - Dość tego - powiedział w końcu Vegard Opaas, chcąc pójść na otwartą wojnę z narciarską światową centralą. Nie był osamotniony, bo złość narastała także u skoczków innych nacji. Z inicjatywy Norwega utworzono nawet nieformalny związek skoczków z kilku krajów, którzy mieli walczyć o swoje. W jego skład weszli: Jens Weissflog z NRD, Andreas Felder z Austrii, Jugosłowianin (Słoweniec) Primoż Ulaga, Ron Richards z Kanady i Hiszpan Bernat Sola.
- Jestem żywicielem rodziny, a moje przychody są dużo niższe od najniższej krajowej - żalił się Opaas na łamach norweskiej prasy. - Zdecydowana większość z nas to osoby mające rodzinę na utrzymaniu, a nie stać nas na przysłowiowy chleb. Żaden inny sport zimowy nie gromadzi tylu widzów co my. Otrzymałem już propozycję innej pracy i jest bardzo mało prawdopodobne, że będę kontynuował moją karierę w przyszłym sezonie. Powiem wprost - jesteśmy zdesperowani, jeżeli nic się nie zmieni, to nie tylko ja, ale połowa naszego zespołu odłoży narty w kąt. A sytuacja zagranicznych skoczków wcale nie jest dużo lepsza. Naszą dyscyplinę możemy uprawiać, tylko będąc na utrzymaniu rodziców, ewentualnie przy dużych zarobkach partnerki życiowej. Próbowaliśmy już rozmawiać na ten temat z Międzynarodową Federacją Narciarską, ale na razie bez skutku. Już zeszłej jesieni wystosowaliśmy do nich list z naszymi uwagami i propozycjami i nie doczekaliśmy się odpowiedzi. Ignorują nasze żądania.
FIS jakoś specjalnie nie zamierzała się tą kwestią przejmować. Dyrektor finansowy federacji Morten Berner tłumaczył to w ten sposób: - Wartość rynkowa produktu jakim są skoki narciarskie nie jest specjalnie wysoka. Na liście dyscyplin, które cieszą się największym zainteresowaniem przoduje zdecydowanie narciarstwo alpejskie, potem jest narciarstwo biegowe, a na samym końcu skoki i kombinacja norweska - wyliczał działacz FIS. Wtórował mu inny z przedstawicieli federacji, Odd Seim-Haugen: - Skoczkowie muszą sobie uświadomić, że skoro myśleli o zarabianiu pieniędzy, to wybrali sobie niewłaściwą dyscyplinę. Sama organizacja zawodów kosztuje tyle, że nie mamy już środków, by więcej płacić zawodnikom.
Opaas dotrzymał słowa. Jak zapowiedział, tak uczynił i w kolejnym sezonie zabrakło go już na listach startowych zawodów w skokach narciarskich. Dziś prowadzi wraz z żoną sklep z asortymentem budowlanym i remontowym. Jest ponadto wielkim miłośnikiem golfa, któremu oddaje się w każdej wolnej chwili.